Z Moskwy wylecieliśmy Aeroflotem o 23:00
Czas podróży 8:30
Przy okazji zdementuję różnego rodzaju plotki o tych
liniach.
Wysoki standard, dobra obsługa, nic tylko latać.
Wylądowaliśmy o 09:30 czasu miejscowego w Male a
właściwie na wyspie Hulhule.
Pierwsze co uderza to niemiłosierny gorąc i wilgotność,
wiadomo tropiki.
Odprawa szybko i bezboleśnie, na Malediwy Polacy nie potrzebują
wizy.
Hulhule to lotnisko i paręnaście hoteli na połączonej z lotniskiem Hulhumale, żeby ruszyć
dalej trzeba się dostać do Male.
Promy pływają co chwilę, koszt 10 rupii lub 2 dolary.
1$ = 15 rupi, na złotówki rupię przeliczam w uproszczeniu
dzieląc kwotę przez cztery.
Jak widać w dolarach (którymi można płacić wszędzie)
zawsze się przepłaci, ale nie ma co kombinować z wymianą na lotnisku.
| przed nami Male |
W Male na pasażerów promu czekają taksówki bo właściwy
port z którego rusza się dalej jest po drugiej stronie miasta, warto bo nie ma
co się przebijać w taki upał przez miasto. Koszt 5$
Docieramy do właściwego promu który o 15:00 płynie na
Maafushi.
Od razu zgarnia nas miejscowy i prowadzi do boss’a.
Boss ma dla nas propozycję nie do odrzucenia.
Prom lokalny płynie na Maafushi 2 godziny, koszt 3$ od
osoby
Ale do niego należy też motorówka która rusza o 12:30 i
płynie 30 minut, 20$ od osoby.
Jest taki upał, że decydujemy się z miejsca na szybszą
opcję.
Mamy chwilę więc ruszamy na Male.
Male jak to ujął Bobby Cooper w ‘U Turn’ wygląda jak
miasto tylko, że brzydsze.
Dolary na rupię wymieniliśmy w księgarni (sic!) Dokładny
kurs 1:15.42
W drugą stronę kurs ten sam J
| Miasto skuterów i wąskich chodników |
| To czerwone to lokalny prom na Maafushi, zabiera nie tylko ludzi. Po prawej speedboat napędzanym nitro |
| Male już za nami |