piątek, 6 marca 2015

Pierwsze wrażenia

Z Moskwy wylecieliśmy Aeroflotem o 23:00
Czas podróży 8:30
Przy okazji zdementuję różnego rodzaju plotki o tych liniach.
Wysoki standard, dobra obsługa, nic tylko latać.

Wylądowaliśmy o 09:30 czasu miejscowego w Male a właściwie na wyspie Hulhule.
Pierwsze co uderza to niemiłosierny gorąc i wilgotność, wiadomo tropiki.
Odprawa szybko i bezboleśnie, na Malediwy Polacy nie potrzebują wizy.
Hulhule to lotnisko i paręnaście hoteli na połączonej z lotniskiem Hulhumale, żeby ruszyć dalej trzeba się dostać do Male.
Promy pływają co chwilę, koszt 10 rupii lub 2 dolary.
1$ = 15 rupi, na złotówki rupię przeliczam w uproszczeniu dzieląc kwotę przez cztery.

Jak widać w dolarach (którymi można płacić wszędzie) zawsze się przepłaci, ale nie ma co kombinować z wymianą na lotnisku.

przed nami Male

W Male na pasażerów promu czekają taksówki bo właściwy port z którego rusza się dalej jest po drugiej stronie miasta, warto bo nie ma co się przebijać w taki upał przez miasto. Koszt 5$

Docieramy do właściwego promu który o 15:00 płynie na Maafushi.
Od razu zgarnia nas miejscowy i prowadzi do boss’a.
Boss ma dla nas propozycję nie do odrzucenia.
Prom lokalny płynie na Maafushi 2 godziny, koszt 3$ od osoby
Ale do niego należy też motorówka która rusza o 12:30 i płynie 30 minut, 20$ od osoby.
Jest taki upał, że decydujemy się z miejsca na szybszą opcję.
Mamy chwilę więc ruszamy na Male.
Male jak to ujął Bobby Cooper w ‘U Turn’ wygląda jak miasto tylko, że brzydsze.
Dolary na rupię wymieniliśmy w księgarni (sic!) Dokładny kurs 1:15.42
W drugą stronę kurs ten sam J


Miasto skuterów i wąskich chodników

To czerwone to lokalny prom na Maafushi, zabiera nie tylko ludzi. Po prawej speedboat napędzanym nitro

Male już za nami